Stało się to po świętach Bożego Narodzenia. Jakoś tak człowiekowi w pasie przybyło i razem z koleżanką podjęłyśmy bardzo ważny krok w naszym, niejako, dorosłym życiu: zapisałyśmy się na siłownię. Zaczęło się dość minimalnie: aerobik, czyli skakanie i pocenie się przez jakąś godzinę. Później awansowałyśmy do zajęć skupionych bardziej na rozwijaniu konkretnych partii mięśniowych, zamiast tylko ćwiczeń kardio. Raz trafiłyśmy nawet na zajęcia z fit ball (wiecie, te takie duże gumowe kulki na których się ludzie wyginają), które były niehumanitarnie wcześnie rano (poszłyśmy na 7.45, przed zajęciami). I muszę przyznać, że to cholerstwo to najtrudniejsze zajęcia, na jakich kiedykolwiek byłam. Utrzymywanie równowagi z nogami na piłce, gdy ramiona mamy na ziemi jest dużo trudniejsze, niż możecie sobie wyobrazić.
Ale ja nie o tym! Joga. No właśnie joga. Postanowiłam chodzić na zajęcia gdzieś tak ze trzy razy w tygodniu. A gdy nagle po Wielkanocy zmienił się harmonogram, nie miałam nic adekwatnego w piątek. I tym sposobem zajęcia wieczorowej, piątkowej jogi zachęciły mnie wypróbowania.