12/07/2015

29. Hobby - Joga

Gdzieś tak w połowie pierwszego roku studiów, gdy już ochłonęłam faktem, że sama (tj, bez rodziców) sobie żyję, gotuję i robię zakupy, doszłam do wniosku, że być może i jest to fajne (do pewnego stopnia), ale zajadanie się lodami na śniadanie, obiad i kolację niespecjalnie wpływa na zdrowie i - ten teges - figurę. 
Stało się to po świętach Bożego Narodzenia. Jakoś tak człowiekowi w pasie przybyło i razem z koleżanką podjęłyśmy bardzo ważny krok w naszym, niejako, dorosłym życiu: zapisałyśmy się na siłownię. Zaczęło się dość minimalnie: aerobik, czyli skakanie i pocenie się przez jakąś godzinę. Później awansowałyśmy do zajęć skupionych bardziej na rozwijaniu konkretnych partii mięśniowych, zamiast tylko ćwiczeń kardio. Raz trafiłyśmy nawet na zajęcia z fit ball (wiecie, te takie duże gumowe kulki na których się ludzie wyginają), które były niehumanitarnie wcześnie rano (poszłyśmy na 7.45, przed zajęciami). I muszę przyznać, że to cholerstwo to najtrudniejsze zajęcia, na jakich kiedykolwiek byłam. Utrzymywanie równowagi z nogami na piłce, gdy ramiona mamy na ziemi jest dużo trudniejsze, niż możecie sobie wyobrazić.
Ale ja nie o tym! Joga. No właśnie joga. Postanowiłam chodzić na zajęcia gdzieś tak ze trzy razy w tygodniu. A gdy nagle po Wielkanocy zmienił się harmonogram, nie miałam nic adekwatnego w piątek. I tym sposobem zajęcia wieczorowej, piątkowej jogi zachęciły mnie wypróbowania.
Zaczęło się tak:
Poszłam z koleżanką. Za przykładem innych kobiet (i jednego mężczyzny) zabrałam ze składziku matę, ułożyłam w poprzek gdzieś z tyłu sali, coby się na samym przodzie nie kompromitować, usiadłam po turecku i się zaczęło. Zanim przejdę do szczegółów, wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem jakoś wybitnie wysportowaną osobą. Po dziesięciu przysiadach trzęsą mi się kolana, po przebiegnięciu dwudziestu metrów mam ochotę wypluć płuca i nie potrafię zrobić ani jednej porządnej pompki (bo damskie się nie liczą). Nic więc dziwnego, że moim pierwszym wnioskiem po usadowieniu się na macie, położeniu dłoni zewnętrzną stroną na kolanach i dotknięciu palca wskazującego z kciukiem, było jak strasznie trudno jest przez dłuższy czas (czyt. jakieś 30 sekund) siedzieć wyprostowanym, z zamkniętymi oczami, bez ruszania się. Siedzenie w krześle to bułka z masłem!
A więc skoro samo siedzenie było dla mnie problemem, jak miałam sobie poradzić z resztą?! Otóż wszystkiemu pomógł fakt iż nasza młodziutka, roześmiana instruktorka wypełniała ciszę (no nie taką całkiem ciszę, bo w tle brzmiały eteryczne dźwięki ♪♪♪) swoimi komentarzami do tego, jak powinniśmy się czuć, które części ciała powinny pracować. Mówiła o tym, żebyśmy oczyścili umysł ze wszystkich myśli, zapomnieli o troskach całego tygodnia i spróbowali zrelaksować się przed weekendem. No i, jakby czytając w moich myślach, zażartowała i zaczęła mówić o tym, jak trudno człowiekowi nieprzyzwyczajonemu do takiego siedzenia wytrzymać w tej pozycji zbyt długo. Tak, świadczy to o naszym garbieniu się przed ekranami komputerów. 
Cała sesja składała się z ćwiczeń na siedząco (pomagających rozciągnąć niektóre części ciała i pozbyć się napięcia, na przykład w karku lub biodrach) i tych na stojąco (pomagających trzymać równowagę). Te pierwsze uwielbiałam. I choć nie potrafiłam nóg wykręcić w taki sposób, jak instruktorka - Daisy - to jej zapewnienie, że większość napięcia trzymamy właśnie w biodrach okazało się prawdą. Nie macie pojęcia jaką ulgę sprawia rozruszanie tych niektórych części ciała, o których zazwyczaj po prostu nie myślimy. Ćwiczenia na stojąco okazały się natomiast lekkim wyzwaniem. Traciłam równowagę niejednokrotnie, ale pocieszał mnie fakt, że większość ludzi wielokrotnie poprawiało swoje pozycje.
W tym momencie Daisy uświadomiła nas również, że na tym właśnie joga polega. W niektórych pozycjach nie trzeba lub nawet nie powinno się stać/siedzieć/leżeć bez ruchu. Podpowiedziała nam, że powinniśmy zmieniać pozycje, dopasowywać się do nich, a może uda nam się jeszcze bardziej przesunąć kolano, a może staniemy jeszcze wyżej na palcach. W ten sposób nasze ciało samo nam powie, kiedy jest na krawędzi wytrzymałości, kiedy najprzyjemniej odczuwamy rozciągany mięsień.

Różne podejścia, typy nauczania:
Próbowałam dwóch typów jogi. Ta z Daisy to bardziej przystosowana do nowoczesnego typu życia, mniej tradycyjna, bardziej skupiona na efektach, jakie daje naszemu ciału. Drugi typ, to była lekcja prowadzona przez tradycyjną hinduskę. Równie ciekawa, ale skrajnie różna sesja. Skupiała się na bardzo nietypowych elementach. Na przykład w ramach rozgrzewki ruszaliśmy oczami w górę, w dół, w prawo i lewo, na okrągło (z 20 powtórzeń do każdego), klepaliśmy się po udach (własnych!), a pomiędzy tym wszystkim, gdy przyszedł czas na wyciszenie i wszyscy mieli zamknięte oczy, instruktorka (której imienia nie potrafiłam wymówić, a tym bardziej zapamiętać) zaczęła intonować, nucić i śpiewać w stylu mnichów buddystów.
Muszę przyznać, że sesje Daisy dużo bardziej mi się podobały. Każdego tygodnia nadawała naszym zajęciom jakiś motyw przewodzący. A przedostatnia sesja (tydzień siódmy) miał motyw wiary w siebie i ufania własnym możliwościom. Dowiedzieliśmy czemu taki akurat motyw na sam koniec sesji, gdy Daisy pokazała nam pozycję przedstawioną na obrazku po lewej. Dłonie płasko na ziemi, kolana oparte (mniej więcej) nad łokciami, pochylamy się do przodu i odrywamy stopy od podłoża. I w tym momencie pół sali Daisy zwyczajnie wyśmiało. Ha-ha, no na pewno coś takiego zrobię, mając w ramionach siłę równą dwulatkowi. Ale okazało się to dużo łatwiejsze, niż można się było spodziewać. Trzeba było zaufać sobie, zdać sobie sprawę, że to nie siła mięśni nas utrzymuje. I na koniec sesji, każdy z uczestników potrafił się tak utrzymać przynajmniej kilka sekund (a nie obeszło się bez jednej dziewczyny gwałtownie lądującej na twarzy. To naprawdę rozładowało sytuację).

Kilka rzeczy, o których początkujący powinni wiedzieć:
1) Nie tak imponujące i z gracją, jak widzimy w telewizji. Nie wyobrażajcie sobie, że na pierwszych zajęciach staniecie na jednej nodze z drugą wspartą na łydce bez chybotania się. A, i jeszcze trzeba się wyciągnąć do góry a potem schylić i rozciągnąć mięsień udowy bez przewrócenia się głową na przód.
2) Trudniejsze, niż się Wam wydaje, ale totalnie do opanowania. Pierwsze dwie sesje będziecie poznawać nowe pozycje, uczyć się możliwości własnego ciała i je pogłębiać. Ale jest warto, bo już kilka sesji pozwoli zobaczyć różnice nawet tak subtelne, jak możliwość głębszego schylenia się z prostymi nogami.
3) Wcale nie takie stoickie i z kamienną twarzą. Raczej z chichotaniem pod nosem, gdy próbujemy zrobić totalnie niepoważną pozę i jeszcze na dodatek tracimy równowagę. Ten podpunkt sugeruje nam zabranie ze sobą jakiegoś wspólnika, coby swoje upokorzenie podzielić z osobą zaufaną.
4) Nie podchodzi Wam ta cała gadka o wyciszaniu się i "zaglądaniu w głąb siebie"? Nie ma sprawy, po prostu traktujcie jogę jako możliwość do poznania własnego ciała lepiej. Do relaksu i wykorzystania samego siebie do granic możliwości. Kto by pomyślał, że Twoje ciało może się wykręcić w tę stronę? Kto by pomyślał, że to w biodrach trzymasz najwięcej napięcia? Czy kiedykolwiek podejrzewałeś, że, mając zero siły w ramionach, będziesz potrafić całe ciało podnieść z podłogi na rękach i to w naprawdę dziwnej pozie?

Podsumowując:
Polecam wypróbować każdemu. Joga doda Waszemu życiu balansu, równowagi, poprawi samopoczucie, zrelaksuje, wzmocni podstawową siłę fizyczną i wytrzymałość. Na zajęciach widzimy osoby każdego wieku i kształtu. Kobiety, mężczyźni, szczupli, otyli, młodzi, starsi - wszyscy mogą jogować i się przy tym świetnie bawić.

3 comments:

  1. Pojawiła się ocena Twojego bloga, zapraszam :) Link: http://wspolnymi-silami.blogspot.com/2015/07/22-ocena-bloga-griffin.html

    ReplyDelete
  2. To jeszcze raz ja. :) Nominowałam Cię do Liebster Blog Award. Zapraszam: www.bohater-fikcyjny.blogspot.com

    ReplyDelete
  3. Joga jest bardzo fajna :)
    http://frazeologizmastrall.blogspot.com/

    ReplyDelete